Rozdział XIII


Świstoklik, którym wracali był nieładną, poobijaną doniczką w kolorze czerwonej cegły. Wysadził ich na wzgórzu za Muszelką.
Victoire zemdliło. Pobladła na twarzy i przycisnęła pięść do brzucha.
- Ugh – jęknęła – Nigdy więcej.
Teddy spojrzał na nią z politowaniem i pokręcił głową. Ironiczny półuśmieszek na jego twarzy wydał się dziewczynie nadzwyczaj irytujący.
- Co? – zapytała ostro.
Wzruszył ramionami, ale nie przestawał się uśmiechać…
- Lupin! – warknęła na niego Victoire.
Wybuchnął śmiechem i uniósł dłonie w górę, osłaniając się nimi jak tarczą. Ha, jakby to mogło jakkolwiek go ochronić!
- To jest po prostu naprawdę zabawne.
Dziewczyna wyprostowała się i odrzuciła złote włosy na plecy, skrzyżowała ramiona na piersiach.
- Niby co takiego? – zapytała z udawaną obojętnością, patrząc na niego z góry.
- Ty.
Prychnęła. Bardzo nieładnie. I przewróciła oczami.
- Miło mi – stwierdziła cierpko – że dostarczam ci tak cennej rozrywki. O czym rozmawiałeś z Harrym? – zapytała nagle.
- To… - zastanowił się przez chwilę - Wybacz, kochanie, ale to nie jest twoja sprawa – wzruszył ramionami. Znowu. Merlinie!, jaki ten gest był irytujący…
- Ja opowiadam ci o swoim życiu – oburzyła się.
- Tylko w chwilach euforii.
- Czyli pierwsze mam doprowadzić cię do skrajnej radości, żeby cokolwiek móc wyciągnąć z tej pustej…
- Tylko nie pustej! – przerwał jej – Wypraszam sobie – postukał palcem w czoło – coś tutaj jednak jest.
Przewróciła oczami.
- Na przykład motory…
- Nie mów o niej z taką pogardą!
- Och – zdziwiła się Victoire – A więc motor Syriusza jest kobietą…? – uśmiechnęła się wrednie – No, proszę, panie Lupin, nie spodziewałam się.
- Co w tym takiego dziwnego? – nachmurzył się.
- Twój motor jest kobietą – stwierdziła głośno i wyraźnie, jakby jej rozmówca był upośledzony - Jesteś aż tak zdesperowany? – spojrzała na niego z widoczną kpiną.
Prychnął.
- Mała, nie nazwałbym tego desperacją.
- Czyżby?
Miał ogromną ochotę zerwać jej ten chytry uśmieszek z twarzy. Zmrużył oczy i wypuścił głośno powietrze.
- Słuchaj, Vicky…
- Dlaczego wszyscy nazywają mnie „Vicky”?
Tak nagła zmiana tematu sprawiła, że Teddy przez długie pięć sekund trwał w osłupieniu. Zamrugał
- Nikt nie jest w stanie z poprawnym francuskim akcentem wymówić pełnego „Victoire” – odpowiedział.
- Ty powiedziałeś.
- „Vicky” brzmi fajniej – wyszczerzył się – Bardziej rozrywkowo - wymownie poruszył brwiami.
Uśmiech na chwilę zniknął z jej twarzy i zastąpił go grymas gniewu. Przewróciła oczami.
- Nie lubię cię, Lupin.
Zaśmiał się. Szczerze.
- Czyżby?
- Tak – stwierdził hardo dziewczyna – Jesteś kłamliwy, niegrzeczny, niewychowany, paskudny, arogancki i…
- Śmiało, śmiało, kontynuuj, kochanie – zachęcił ją.
- Egoista! Nie nazywaj mnie „kochaniem”!
- Niby czemu? – Teddy wetknął dłonie w kieszenie dżinsów - Powinnaś się do tego przyzwyczaić.
- Niby czemu? – tym razem to Vicky zatrzymała się w osłupieniu.
Lupin posłała jej promienny uśmiech.
- Ponieważ „kochanie” – wyjaśnił – brzmi lepiej niż „Victoire”.
Dziewczyna zmrużyła oczu i rzuciła się na niego z pięściami.
- Lupin!
Świstoklik chyba opóźnił mu czas reakcji, bo zamiast złapać ją i nie dać uszkodzić sobie twarzy, oberwał dość porządnie, stracił równowagę, runął jak długi na trawę i pociągnął ją za sobą.
Vicky nagle znalazła się na nim, a jego policzek piekł od mocy uderzenia.
Dziewczyna popatrzyła na niego z troską w oczach.
- Och, Teddy! – westchnęła z przerażeniem – Jaka szkoda, że nie trafiłam w oko!
Troska w oczach - jasne, jasne…
- Victoire – wysyczał przez zęby – Jesteś małym potworem.
- No, no – usadowiła się wygodniej i spojrzała na niego z góry. Odrzuciła włosy na plecy – Nie takim małym.
- Ciężkim – dodał.
- Hej, ja wciąż mogę ci przywalić – pogroziła mu pięścią przed nosem.
Prychnął.
- Wątpię.
- Niby dlaczego ty…? – nie zdążyła dokończyć, bo zrzucił ją z siebie szybkim ruchem i usiadł obok, trzymając ją za ramiona i nie pozwalając oderwać się od ziemi.
- Teraz mamy wyrównane szanse. Ty jesteś unieszkodliwiona, a ja panuję nad sytuacją.
Przewróciła oczami.
- To nie jest równość. Chciałbyś…
- O, tak, chciałbym – potwierdził z łobuzerskim uśmiechem, pochylił się nad nią i…
… i zatrzymał się centymetr od jej twarzy, bo głośny okrzyk zepsuł wyjątkowość i piękno owej chwili.
- Vicky! Ted!
Owym Przeszkadzaczem Pospolitym był nikt inny, jak mały Louis. Teddy szybko odsunął się od Victoire i wstał, ciągnąc ją na nogi za sobą.
Zakręciło się jej w głowie. Nie była pewna czy to przez emocję, czy przez nagłą zmianę pozycji.
- Louis – zauważyła inteligentnie.
Chłopak podbiegł do nich i wydyszał:
- Coś… złego… się… dzieje… się… z… z… Dominique…!
- CO?!
- Ona… ona… ona… – zaczerpnął łapczywie powietrza – Ona… jest… zielona!
- CO?!
Dominique rzeczywiście zieleniała.
Na twarzy, w okolicach złamanego nosa, zieleń miała odcień najbardziej intensywny.
Fleur biadoliła, nerwowo przechadzając się dookoła córki.
- Nie rozumiem – mamrotała – nic już nie rozumiem. Co się właściwie dzieje, co się dzieje?
- Kochanie?
- Jak to się mogło stać, przecież… żeby tak nagle… i to… zzielenieć?
- Fleur, kochanie?

- Mam nadzieję, że… nie, to na pewno nie… och, co to może być…?
- Fleur, najdroższa moja! – zdenerwował się pan Weasley i złapał swą małżonkę za rękę.
Poczekał, aż na niego spojrzy i przybrał minę najbardziej bezbronnego stworzonka, jakie zdołał sobie wyobrazić. Koteczka, konkretnie. Chociaż koty to potwory. Naprawdę!
- To wina zaklęcia.
Fleur zmarszczyła nos, jakby nagle poczuła bardzo nieprzyjemny zapach.
- Jakiego zaklęcia?
- Za długo utrzymywanego zaklęcia. 
- Co? Acha i co teraz? – pani Weasley wydawała się być naprawdę zagubiona.
- Trzeba ją zabrać do…
- Tak – przerwała mężowi – Do Świętego Munga.
- Zaklęcie? – zapytała Victoire Teddyego, gdy jej rodzice i siostra opuścili już dom.
Lupin siedział wygodnie na wysokim krześle w kuchni i miał minę kogoś, kto wie wszystko.
Wzruszył ramionami.
- Twoja siostra użyła zaklęcia, żeby…
- Wiedziałem! – wykrzyknął Louis i wycelował oskarżycielsko palcem w sufit – Wiedziałem o tym! Wiedziałem!
Vicky przewróciła oczami.
- Louis, braciszku, możesz się skupić? – zapytała ostro, po czym zwróciła się do Teda: - Jakie zaklęcie?
Chłopak wzruszył ramionami.
- Nie wiem. Zaklęcie. Twój ojciec jest w to zamieszany, jego pytaj.
Victoire stała jak wmurowana z szeroko rozdziawionymi ustami.
- Wiedziałem! – wrzasnął Louis.
- Nieprawda – Ted spojrzał na niego z powątpieniem.
Louis pokręcił głową i zawstydził się nagle.
- No w sumie to nie… - przyznał chłopak – Ale domyślałem się!
Vicky przymknęła oczy, zaczekała aż wir w jej głowie się uspokoi i spojrzała w końcu ostro na Teddy’ego.
- Możesz mi wyjaśnić jak to jest, że zawsze ty jako pierwszy dowiadujesz się o sekrecikach tego domu?
Popatrzył na nią z szerokim uśmieszkiem prawdziwego łobuza.

- Nie wiem – odpowiedział szczerze – Ale to jest fajne…


----
łapcie, dzieciaki. Tak wakacyjnie.

Rozdział XII

Dodaję ten rozdział, bo znowu urzęduję sobie w domu, zamiast produkować się w szkole - po kilku ostatnich rozdziałach totalnej posuchy, postanowiłam odwiedzić w końcu Harry'ego. chyba potrzebowałam tego jeszcze bardziej niż Teddy. Taa...
Więc łapcie, tak na osłodzenie gorzkich dni wystawiania ocen.

pozwolę sobie na jeszcze trochę prywaty - ja po prostu kocham młodego Lupina <3
-----------------------------------------------------------------

- Siedzisz tutaj od godziny. Jak ty tak możesz?
Victoire otworzyła oczy i spojrzała na młodego Lupina, który stał w drzwiach jej pokoju, wciąż trzymając dłoń na klamce. Zamrugała, aby odegnać napływające do oczu łzy, zmęczenie, cokolwiek, co akurat jej przeszkadzało i odpowiedziała:
- To nic trudnego. Wystarczy nie mieć ADHD.
- Nie mam ADHD – obruszył się.
- Tak, tak – ziewnęła dziewczyna i ponownie zamknęła powieki.
- Jadę do Harry’ego. Chcesz jechać ze mną? – zapytał nagle.
- Jedziesz? – powtórzyła.
- Muszę mu oddać motor… - wymamrotał Ted bez entuzjazmu.
Victoire zaśmiała się.
- No, tak. Brawo, panie genialny.
- Nie rozumiem o co ci chodzi.
- Ukradłeś go, a teraz boisz się, że wujek Harry nie da ci żyć.
- To śmieszne – prychnął Ted – Przecież on dobrze wie, że ja…
Dziewczyna zbyła go machnięciem dłoni.
- Tak, tak – popatrzyła na niego, kręcąc głową z politowaniem. Podniosła się i poprawiła niebieski top – Jedziemy?
Motor Syriusza nie był już najnowszy – wielu zastanawiało się, jakim cudem jest jeszcze na chodzie… Wielokrotnie przerabiany, modyfikowany i ulepszany, zgodnie z najnowszą modą w motoryzacyjnym czarodziejskim świecie. Jednak wyglądał przy tym tak, jak zawsze, bo pan Potter upierał się, żeby nie dotykać jego karoserii, nie przemalowywać go, ani nie dodawać udziwnień, które zaburzyłyby jego gładką, opływową linię. Zależało mu na tym, bo w końcu to była pamiątka po Syriuszu.
- Boję się – wymamrotała Victoire.
Młody Lupin zaśmiał się i założył jej na głowę kask.
- Teraz już trochę na to za późno – sprawnie zapiął paski pod jej szyją.
- Przepraszam cię, Ted – dziewczyna zebrała się w sobie i w końcu to powiedziała. Uff, lepiej późno niż wcale.
Chłopak przestał, opuścił ręce i popatrzył na nią uważnie. Na jej policzkach pojawiły się rumieńce.
- Miałeś racje, mój plan był idiotyczny – przyznała, wzdychając głęboko – Teraz już o tym wiem. Przepraszam. Także za to, że na ciebie nawrzeszczałam i… dziękuję – wzruszyła ramionami – No wiesz, że nie pozwoliłeś mi zniszczyć tego… wszystkiego.
Kiwnął głową.
- Powinnaś postawić się matce.
Victoire dobrze o tym wiedziała. No, przecież nawet już próbowała! Spuściła głowę i nagle bardzo zainteresowała się swoimi tenisówkami.
- Powinnaś – powtórzył Ted – Twoja siostra już to zrobiła.
Dziewczyna uniosła nagle głowę i zmarszczyła czoło, nie wiedząc o co mu chodzi. Przez chwilę stali i patrzyli na siebie. W końcu Ted uśmiechnął się promiennie i mrugnął do niej.
- Czas ruszać! – ucieszył się.
Victoire odetchnęła głęboko.
- Okej.
Dziewięcioletnia Lily miała śliczne, jasne oczy. Była drobna, krucha, zadbana i ponad wszystko uwielbiała jednorożce. Cóż, prawdopodobnie wydawałaby się Victoire jeszcze bardziej urocza, gdyby nie próbowała wyrwać jej włosów.
- Nie ruszaj się! – fuknęła dziewczynka, przeczesując szczotką jasne loki kuzynki. Vicky w duchu wznosiła modły o cierpliwość.
- Staram się!
- Staraj się bardziej! – zarządził mały diabeł.
Victoire zarejestrowała kątem oka jak James turla się po podłodze, śmiejąc się bezgłośnie. Zabije go, nie ma co! Jak huknie w niego Avadą, to popamięta do końca swojego marnego żywota! Chociaż, jeśli ona huknie, to on już będzie martwy… Hmm… Ten plan może jest jeszcze troszeczkę niedopracowany…
Teddy patrzył, jak dziewczyna marszczy brwi, gdy zaczyna się zastanawiać. Fascynowała go jej mimika twarzy – to, jak w kilka sekund ze skrajnej radości przechodzi w gniew, jak jej usta wykrzywiają się w grymasie smutku, a potem kąciki ust unoszą się w górę w szczerym, pięknym uśmiechu. Aż go coś zabolało w sercu.
- Lupin?
Harry może nie był najbardziej rozgarniętym człowiekiem na świecie, ale dobrze wiedział, kiedy w jego bałaganie czegoś brakowało. Szczególnie, jeśli była to wielka, czarna stara maszyna zajmująca honorowe miejsce w garażu i w jego sercu.
Poczekał, aż Ted odwróci się do niego i zaszczyci promiennym uśmiechem. Chłopak starannie się przygotował, nawet nie zadrżał, nie wzdrygnął się i nie ugiął pod miażdżącym spojrzeniem mężczyzny.
- Mój ulubiony Potter! – zawołał głośno Teddy, a wtedy cztery głosy z wnętrza domu – Giny, James, Albus i Lily – odpowiedziały zgodnie:
- Słyszymy!
Ginny wyłoniła się z kuchni w swoich ulubionych luźnych spodniach. W dłoniach niosła tacę ze słodyczami. Bez słowa minęła męża, popatrzyła przelotnie na młodego Lupina:
- Nie dostaniesz ciasteczek – zawyrokowała i zgrabnie pognała do salonu, ratować to, co zostało z włosów Victoire.
- Cóż… - westchnął Harry – Musimy porozmawiać.
- Słusznie – Ted przytaknął mu poważnie głową.
Pan Potter dłonią wskazał mu swój gabinet. Właśnie w tym pomieszczeniu panował omówiony już wcześniej bałagan. Był to ten rodzaj nieporządku, który aż prosi się o uporządkowanie, jeśli wiecie co mam na myśli. Jednak Harry’emu wcale nie przeszkadzał, a Ginny… Po kilku nieudanych próbach przestała nawet tu zaglądać.
Teddy zsunął stertę kolorowych gazet o dziwnej tematyce ze starego krzesła i rozsiadł się na nim wygodnie. Harry zajął miejsce za starym, zakurzonym biurkiem w równie wiekowym fotelu. Przez chwilę Lupin rozglądał się dookoła, a Potter uważnie wpatrywał się w jego osobę.
- Więc… - przerwał nagle ciszę chłopak. Nie wiedział jednak, czego miało dotyczyć owo „więc”. W takim wypadku słowo zawisło gdzieś w przestrzeni i wolno rozchodziło się po pokoju.
- Więc… - powtórzył Harry, odchylając się na oparcie.
- Chciałeś pogadać… - zauważył Teddy. Cisza zaczęła szczypać go w skórę, więc nie mógł usiedzieć na miejscu. Co chwilę zmieniał pozycję.
- Chciałem – zgodził się pan Potter, nie kryjąc rozbawienia.
Lupin stwierdził, że najwygodniej mu, gdy przewiesi prawą nogę przez lewą i obie dodatkowo przez oparcie krzesełka, a dłonie splecie na klatce piersiowej jak prawdziwym mężczyzna. Harry prawie wybuchnął śmiechem. Prawie.
- Interesuje mnie, dlaczego ostatnimi czasy znikają moje rzeczy – oznajmił pan Potter niezwykle formalnym, urzędowym wręcz tonem.
- Reczy? – Teddy uniósł brew – Wyczuwam liczbę mnogą.
- Lepiej wyczuj, gdzie są, bo mogę wyciągnąć nieprzyjemne konsekwencje…
Ted prychnął.
- Jasne, już sobie wyobrażam jak strasznie mnie potraktujesz, tatuśku.
- Lupin…
- Wyluzuj, Harry – Ted okręcił się na krześle, które, chociaż nie było obrotowe, świetnie się do tego nadawało – Nie wiem nic, o żadnych rzeczach. Wiem tylko o jednej, motorze konkretnie. Ale nie musisz się o niego martwić. Jest zadbany, piękny i młody, nawet pachnie nieco ładniej niż ostatnio. Stoi sobie bezpiecznie w twoim garażu, jak gdyby nigdy nic…
- Jak gdyby nigdy nic, ale jednak…
- … ale jednak coś – dokończył Ted – Nic mu nie zrobiłem, przepraszam, że go zabrałem, obiecuje to odpokutować.
Harry kiwnął głową.
- A co do drugiej rzeczy… - zaczął.
Młody Lupin spojrzał na niego niczym męczennik.
- Nie mam nic więcej, nie każ mnie przeszukiwać.
- W takim razie co się stało z Mapą Huncwotów?
Ted westchnął, znowu zrobił obrót, ale tym razem w drugą stronę.
- Sam nie wiem, Harry – zastanawiał się głośno, przeczesując włosy dłonią – Mieszkasz w domu z trójka maluczkich, którzy mają połowę genów państwa Potterów, a druga połowa jest przesiąknięta rudymi Wesleyami. W dodatku są wychowywane przez ciebie i Ginny, często widują się z Ronem, George ostatnio uczy ich jakiś nowych zaklęć…
Do Harry’ego nagle zaczęła docierać powaga sytuacji.
- Na brodę Merlina!
Ted wolno pokiwał głową i spojrzał na swoją dłoń, jakby chciał sprawdzić na zegarku godzinę.
- Już jakoś połowa lipca, prawda? Na twoim miejscu zacząłbym przeszukiwać ich kufry – zaproponował.
Pan Potter aż podniósł się ze swojego miejsca.
- JAMES?! – ryknął.
Teddy zdążył się jednak ewakuować, nim wybuchła prawdziwa bomba. Znalazł Victoire w salonie na kanapie obok Ginny, z dala od Lily i jej szaleńczych dziewięcioletnich pomysłów. Na szczęście, blondynka miała jeszcze włosy.
- Możemy wracać? – zapytał i skrzywił się, gdy usłyszał kolejny wrzask z gabinetu pana Pottera, a potem coś głośno uderzyło o podłogę.
Ginny przewróciła oczami.
- Lepiej znikajcie. Inaczej będziecie świadkami krwawej wojny.
Vicky popatrzyła na nią z przerażeniem.
- Oni tak zawsze?
Ginny wzruszyła ramionami.
- Pięć, sześć razy w tygodniu.

Gdy coś się stłukło, James wrzasnął: „To nie ja!”, a Harry dodał: „To on!”, Ted i Victoire zgodnie stwierdzili, że lepiej się ewakuować. 

Rozdział XI


Andromeda Tonks może i wyglądała na osobę starszą i chorowitą, ale w głębi serca wciąż była młoda i silna. Młoda, silna i bystra.
Dlatego doskonale zdawała sobie sprawę z tego, co nie dawało spać po nocach mieszkańcom Muszelki. Chociaż, jeśli chodzi o ścisłość, ona sypiała całkiem dobrze. Morskie powietrze naprawdę jej pomagało.
Nie potrafiła jednak znieść panującego napięcia – po prostu bardzo jej to przeszkadzało. Rodzina i owszem, kłócić się powinna, ale od czasu do czasu, a nie tak jak tu – poważnie. Postanowiła więc działać.
Z małym Louisem nie miała problemu. On też nie miał ich wiele, a przynajmniej z niewielu zdawał sobie sprawę.
- Wiesz, że i tak jesteś najwspanialszym dzieckiem pod słońcem? - zagadnęła go znienacka pani Tonks – Nie musisz udowadniać tego cały czas. Nie musisz być idealny, Lou.
Z przyjemnością patrzyła, jak na twarzy chłopaka pojawia się zadziwienie i ruszyła dalej.
- Wiem, co robisz – wymamrotała w kuchni, gdy mijała pana Weasley – Dokładnie znam wasze plany – mrugnęła do niego, gdy podniósł głowę. Wyraźnie mu ulżyło, gdy zobaczył, że staruszka także jest po jego stronie.
Tak właśnie działała Andromeda Tonks. Z zaskoczenia, żeby ofiara nie miała czasu na zbędne i fałszywe wymówki czy kłamstewka.
Dominique dostało się, gdy leżała na swoim łóżku i gapiła się w sufit.
- Wasz plan nie jest idealny, ale jest dobry – stwierdziła pani Tonks - Pilnuj się tylko, kłamstwa potrafią bardzo szybko wyjść na światło dzienne.
Później rudowłosa jeszcze przez trzy długie minuty wpatrywała się zakłopotana w drzwi.
Teddy siedział na schodach i bawił się „niewinnymi zaklęciami”, jak zwykł to nazywać. Starał się zmienić swój znoszony but w odjazdową tenisówkę, ale – nie wiedzieć czemu – cały czas wychodziły mu jedynie brzydkie mokasyny.
- Musisz coś z tym zrobić – stwierdziła jego babcia, stając za nim.
Chłopak uniósł głowę i uśmiechnął się do niej.
- Wiem, psze pani. Nie cierpię mokasynów.
Andromeda pokręciła z politowaniem głową i poklepała go po policzku.
- Nie o tym mówię, synu.
Młody Lupin patrzył na nią przez chwilę.
- W takim razie nie mam pojęcia, o co ci chodzi – stwierdził, wzruszając ramionami.
Pani Tonks przewróciła oczami.
- Jesteś typowym mężczyzną – podsumowała, wzdychając ciężko.
Chłopak nie rozpoznał sarkazmu w jej głosie.
- Dzięki, babciu. To po tacie.
Staruszka w odpowiedzi jeszcze raz westchnęła i zastukała w drzwi przed sobą. Nikt nie odpowiedział, ale i tak weszła do środka.
Victoire leżała na łóżku z głowa w dół, a nogami opartymi o ścianę. Patrzyła w sufit i marszczyła brwi. Blondwłosy związane w kucyk opadały na podłogę i kołysały się przy każdym jej ruchu.
- Co ty wyprawiasz, dziecko?
Dziewczyna zamrugała i spojrzała na drzwi. Musiała w ogóle nie zauważyć, że ktoś się jej przygląda. Zarumieniła się.
- Przepraszam.
- Nie ma sprawy – pani Tonks weszła do środka i rozsiadła się na krześle przy biurku – To twoje królestwo, masz prawo do… - machnęła ręką w jej stronę - … do tego, cokolwiek teraz robisz.
Victoire przekręciła się na brzuch, a potem usiadła.
- Sufit jest jedyną wolną powierzchnią w moim pokoju – wyjaśniła – Nie podoba mi się to.
- Ach, tak – staruszka zerknęła w górę – W sumie racja, jakoś tu nie pasuje.
Dziewczyna nie przestawała się uśmiechać.
- Właśnie. Dziękuję za zrozumienie.
Kąciki ust Andromedy uniosły się w górę.
- Zdziwiłabyś się, moja kochana, jak daleko sięga moje zrozumienie.
Victoire poruszyła się niespokojnie na swoim miejscu. Nie była pewna, co konkretnie ma na myśli pani Tonks. Z doświadczenia i opowiadań Teddyego wiedziała, że można się po niej spodziewać wszystkiego. Mogła wyskoczyć nagle z pokoju i streścić całą rozmowę Fleur. Mogła też nagle wyciągnąć akordeon spod pachy, ksylofon, piszczałkę oraz dudy i zostać babcią – orkiestrą. Mogła nawet nagle zamienić się w sójkę i próbować odlecieć do ciepłych krajów.
Vicky bardzo nie lubiła czuć się niepewnie i niekomfortowo, ale – o, ironio! – czuła się tak przez całe życie.
„Nigdy więcej!” – przysięgła sobie, a głośno zapytała:
- Co panią tu sprowadza?
Fakt, zabrzmiało to trochę niegrzecznie, ale Andromeda chyba nawet tego nie zauważyła.
- Chcesz porozmawiać, moje dziecko? – zwróciła wzrok ku zdziwionej Victoire – Myślę, że tego właśnie potrzebujesz.
Dziewczyna zamrugała.
- O czym chce pani rozmawiać?
- O czym ty chcesz rozmawiać?
Nastała długa cisza. Nieprzyjemne milczenie, które drażniło i stare, i młode uszy.
- Po co pani tu przyszła? – nie wytrzymała młoda Weasleyówna.
- Chcę ci pomóc, dziecko.
Victoire zamrugała – to była jedyna reakcja do jakiej potrafiła się zmusić.
- To pani wie o wszystkim? – wymamrotała po długiej chwili.
- Kochana – uśmiechnęła się ciepło pani Tonks – Wiem nawet znacznie więcej.
- Aż boję się domyślać… - przyznaje cicho Vicky – Jest pani moim sprzymierzeńcem? – pyta nagle i przygląda się uważnie twarzy starszej pani.
- Nie biorę udziału w tej wojnie – odpowiada rozsądnie Andromeda, nie przestając się uśmiechać – Nie mam zamiaru wplątywać się w wasze zawiłe stosunki. Uwierz mi, później będziesz dużo bardziej zadowolona z siebie, jeśli poradzisz sobie sama. Chcę tylko z tobą porozmawiać, bo czuję, że tego potrzebujesz.
Dziewczyna przytaknęła powoli głową.
- Dobrze – zgodziła się.
- Opowiem ci trochę o sobie. Moja historia nie jest aż taka tragiczna, jak ci się wydaje – dodała pośpiesznie staruszka, gdy na twarzy Victoire pojawiło się zdziwienie i niepewność – Na swój sposób jest szczęśliwa, bardzo szczęśliwa – zaczerpnęła głęboko powietrza – Pomijam jej początek, bo nie jest istotny. Wiesz, skończyłam Hogwart, poznałam mojego przyszłego męża… - uśmiechnęła się na to wspomnienie czule – Był dobrym człowiekiem. Tak, słowo człowiek jest tu istotne. Z typowej mugolskiej rodziny. A ja przecież byłam z Blacków. Przecież moją siostrą była Bellatriks. Ta sławna, chłodna Bella bez serca, która nie bała się nikogo i niczego. Była też Narcyza, grzeczna i poukładana. Ja do pewnego momentu też byłam grzeczna i poukładana, naprawdę. Potem poznałam miłość swojego życia i przestały mnie obchodzić zakazy i nakazy rodziców – pokręciła głową – Może to była tylko moja wina, że nie zaakceptowali Teda? Może źle to wszystko rozegrałam, może dla nich stało się to za szybko. Ale ja się zakochałam. Poznałam najwspanialszego człowieka na świecie. Od pierwszej chwili nie potrafiłam wyobrazić sobie życie bez niego – starła pośpiesznie łzę z policzka, nim młoda Weasleyówna zdążyła ją zobaczyć – Nie żałuję, mimo wszystko. Ślub z Tedem był najlepszą decyzją w moim życiu. Moja mała Dora… Teraz mały Ted… Tak – powiedziała z uporem - to wszystko było tego warte. Wszystkie kłótnie z rodzicami, wszystkie łzy i krzyki, wszystkie złamane zakazy, wszystkie popełnione błędy. Zaprowadziły mnie tutaj, gdzie jestem, a czuję się tutaj szczęśliwa. Och… - westchnęła – Zbaczam z tematu… - zaczerpnęła głęboko powietrza – Wiedz, dziecko, że nie tylko ty mierzysz się z całym światem, aby jego kawałek należał do ciebie. Pamiętaj, że nie jesteś sama, przemyśl swoje ruchy i postępuj tak, żebyś nie żałowała. Nie mnie oceniać czy to, co robisz jest złe. To twoje życie, sama podejmuj wybory. Tylko pamiętaj, żeby nie palić za sobą mostów, bo zawsze dobrze jest mieć gdzie wrócić. I bądź silna, to jest walka o twoje szczęście…     

Rozdział X


Paryż jest piękny.
Praktycznie wszystkie budynki wyglądają tam tak samo.
- Tylko to okropne Centrum Pompidou jakoś nijak nie pasuje – stwierdziła Dominique – Jestem w stanie znieść nawet te kilkanaście wieżowców dwudziestej dzielnicy, ale ten budynek… - skrzywiła się – … no, nie. Po prostu nie pasuje.
Budynek Pompidou właściwie trudno było uznać za piękny, ale mimo wszystko podobał się Victoire. Architekci chcieli, aby wewnątrz było jak najwięcej przestrzeni do zagospodarowania dziełami sztuki, więc wszystkie zbędne elementy wyrzucili na zewnątrz – wielkie pudła z klimatyzacją, rury kanalizacyjne i takie tam. Przez to budynek wyglądał mechanicznie i nowocześnie, co jasno odseparowywało go od klasycznych kamieniczek paryskich w piaskowym kolorze.
- Mnie się podoba – powiedziała Vicky – właśnie przez to, że nie pasuje.
Louis nie miał zdania, kuzynki Fleur nawet nie pomyślały nad komentarzem, zajęte swoim lanczem.
To była już trzecia wycieczka po mieście. Pierwszego dnia stali w mugolskiej kolejce do wieży Eiffla i na Łuk Triumfalny. Drugiego dnia rodzeństwo Weasleyów prawie zgubiło się w magicznym skrzydle Muzeum w Luwrze. 
Dziś odwiedzili dziwne, nowoczesne dzieła w Pompidou i przyglądali się specyficznym osobowością Francuzów. Szczególnie kuzynki Fleur były dziwne, ale Victoire darzyła je tak niewielkim zainteresowaniem, że nie zwracała na to uwagi. Skupiała się bardziej na tym, żeby wyrażać swój wewnętrzny ból i złość na świat poprzez odpowiednio dobierane czarne stroje i ponure miny.
Jednak im dłużej była w Paryżu i im cieplej było jej w czarnych golfach, tym bardziej przekonywała się, że to nie ma sensu. Nie zmieni świata przez to, że będzie krzyczeć, jaki to niby jest niesprawiedliwy. Musi się brać do roboty.
Nie jadała więc z resztą paryskiej rodziny późnych obiadów, tylko zamykała się w przydzielonym sobie pokoju na poddaszu i malowała.
Nie miała w głowie żadnego konkretnego obrazu. Po prostu maczała palce w farbie i kreśliła na płótnie kształty. Zaczynała rozmyślać i zawsze dochodziła do jednego wniosku – Teddy miał rację, że nie pozwolił jej dolać Eliksiru Euforii do soku Fleur. To na pewno nie skończyłoby się dobrze. Sasha też to przyznała – Victoire napisała do niej pierwszego dnia pobytu we Francji.
Chcąc, nie chcąc – dziewczyna musiała to przyznać: Ted Lupin ją uratował. A ona jeszcze na niego nawrzeszczała… Na szczęście, w końcu się opamiętała i nie zniszczyła wszystkich swoich tworów. Inna sprawa, że wcale ich nie sprzątnęła. Zostawiła górę śmieci w swoim pokoju, bo nie wiedziała, co teraz powinna z nimi zrobić. Miała tylko nadzieję, że matka ich nie dorwie. Wtedy nastałby ich definitywny, nieunikniony koniec.
Westchnęła głęboko, a drzwi otworzyły się nagle:
- Znalazłam normalnych francuskich kuzynów – oświadczyła podekscytowana Dominique – Idziemy grać w piłkę.
- Quidditcha? – Vicky próbowała udać zainteresowanie.
- Chyba nie. Nie wiem. Oni mają taki dziwny akcent, że ciężko ich zrozumieć. W każdym razie, mówili: „biegać”, „grać” i „piłka” w jednym zdaniu, a kuzynki się skrzywiły, więc uznałam, że to musi być świetna zabawa! – jej oczy błyszczały - Idziesz z nami?
- Może później dołączę – odezwała się jej siostra, a na obrazie wylądowała wielka plama żółtej farby. Obok kolejna, równie duża – niebieskiej.
Dominique na chwilę spojrzała na obraz i zmarszczyła brwi.
- Co ty właściwie malujesz?
- Nie mam bladego pojęcia – przyznała szczerze Victoire, kręcąc głową.
Rudowłosa wzruszyła ramionami.
- Okej – rzuciła i zniknęła za drzwiami.
Victoire długo zastanawiała się, co przedstawia jej obraz. Jednak kolorowe plamy nijak nie chciały się uformować w coś konkretnego. „Może to ma być po prostu czysta abstrakcja?” – westchnęła dziewczyna. Całą twarz miała przyozdobioną smugami farby. Włosy związała wysoko, ale kilka zbłąkanych pasemek i tak się wymknęło, przez co nabrały równie tęczowej barwy. To jej o czymś przypomniało i sprawiło, że zaczęła uśmiechać się do siebie. Nie potrafiła jednak sprecyzować źródła swojej radości. Na Merlina!, zachowuje się jak wariatka…
Francuzi są zabawni. Szczególnie, gdy przeklinają w ojczystym języku.
- Victoire! – dziki krzyk jednej z kuzynek i kolejny stek przekleństw – Na brody Francuskich rewolucjonistów! Victoire! – jeszcze kilka przekleństw i odgłos szybkich kroków na schodach.
Potem jednak z kuzynek – albo wszystkie na raz? – wpadła do pokoju. Wystarczyło jej jedno słowo, aby blondwłosa rzuciła się pośpiesznie ku wyjściu.
- Dominique! – wrzasnęła kuzynka.
Victoire nie miała pojęcia, co się mogło wydarzyć, ale sądząc po szaleństwie, jakie zapanowało, musiało to być coś niesamowicie przerażającego…
- Na Merlina, Dominique!
Biedny Merlin. Pewnie zdziczał tam, gdziekolwiek się znajdował, nie wiedząc co się dzieje, że nagle tak wiele osób się do niego zwraca…
- Słodkie eliksiry, Dominique?!
Victoire zatrzymała się w ogrodzie, gdzie pośród sporego kółeczka zainteresowanych na trawie siedziała jej rudowłosa siostra. Pochylała się, wiec płomienna grzywa włosów zasłaniała jej twarz, ale Vicky poznała, że ramiona drżą jej od płaczu. Tuż obok niej stał Louis i z miną mądrali udzielał jej jakiś rad. W lewej dłoni trzymał swoją różdżkę.
Blondynka podbiegła do siostry i upadła na trawę obok niej.
- Co się dzieje? – zapytała, dysząc po szaleńczym biegu. Aż cud, że sama nie zrobiła sobie krzywdy, gdy zeskakiwała po trzy stopnie ze stromych schodów.
Brat chciał jej udzielić odpowiedzi, ale nie zaczekała na nią i złapała siostrę za głowę, a potem odsunęła jej włosy, by przyjrzeć się twarzy.
- Au! – zaprotestowała młodsza Weasleyówna.
- Co to ma być?! – przeraziła się jej siostra.
Dominique miała podpuchnięte, sinofioletowe oko i skrzywiony nos, przynajmniej dwa razy większy niż normalnie.
- Co się stało?! – Victoire odgarniała jej rude kosmyki z twarzy i kręciła głową siostry na boki, starając się dostrzec kolejne obrażenia – Jak to się stało?!
- Nic mi nie jest! – oburzyła się rudowłosa, odtrącając od siebie dłonie siostry – Puść mnie!
- Czemu nikt jeszcze tego nie naprawił?! – zirytowała się Vicky, kreśląc dłońmi w powietrzu niezrozumiałe kształty i wskazując nieporadnie na twarz swojej młodszej siostry.
- Właśnie mieliśmy taki zamiar – odpowiedział jej Louis ze stoickim spokojem. Wzdrygnął się, kiedy siostra zmierzyła go nieprzyjemnym spojrzeniem, bo bardzo przypominało ono lodowaty wzrok Fleur, ale szybko wziął się w garść. Odchrząknął. – Odsuń się – zarządził.
Victoire spełniła polecenie, ale przesunęła się tylko odrobinę, udostępniając bratu miejsce obok Dominique, która starała się desperacko zatamować krwawienie.
- Ja to zrobię! Mam więcej doświadczenia… - zadeklarowała się jedna z Francuskich kuzynek i bez zbędnych ceregieli przytknęła czubek swojej dziesięciocalowej różdżki do wielkiego, czerwonego nosa rudej.
Victoire patrzyła jak fioletowe oko jej siostry wraca do swojego zwykłego kształtu i koloru, przez co napięcie powoli się z niej ulatniało. A potem spojrzała na nos i stres wrócił ze zdwojoną siłą.
- A to? – jęknęła.
- Daj mi chwilę – wymamrotała kuzynka. Marszczyła czoło i coraz głośniej powtarzała słowa zaklęcia, ale nic się nie działo.
- Robisz to źle! – stwierdziła przerażona Vicky i odsunęła jej rękę.
- Ja spróbuję! – zaofiarował się Louis.
Potem próbowali jeszcze dziadkowie, dwie inne kuzynki, trzech kuzynów, ostatecznie sama Victoire wzięła się za czarowanie, ale nic to nie dało – nos wciąż był brzydki, złamany i spuchnięty. Tylko jego kolor przybrał normalny odcień skóry Dominique.
- Nie rozumiem co się dzieje… - Victoire próbowała różnego rodzaju zaklęć, ale wszystkie okazywały się nieskuteczne.
- Daj już spokój – poprosiła ją siostra.
Wniesiono ją do domu i położono na kanapie w salonie, chociaż upierała się, że sama da radę iść do swojego pokoju. Mimo wszystko babcia zadecydowała, że lepiej mieć ją na oku.
- Na wszelki wypadek – powiedziała z silnym, francuskim akcentem z dodatkiem typowo paryskiego wydźwięku – Lepiej jest dmuchać na zimne.
- Możesz oddychać? – zapytała siostrę blondwłosa.
- Przez ten kartofel? – Dominique wskazała na swój nos i spróbowała – Tak, jest okej. Nie blokuje moich dróg oddechowych, czy coś.
- Mama nas zabije – stwierdziła Vicky, chowając różdżkę w rękawie i siadając obok siostry. Przeczesała palcami włosy i odrzuciła je w tył.
- Tak sądzisz?
- Nigdy więcej nie grasz w piłkę – pokręcił głową Louis, który usadowił się w fotelu naprzeciwko kanapy – Nigdy więcej…
Tak samo stwierdziła Fleur, gdy tylko zobaczyła jak wygląda jej ukochana, śliczna córeczka po powrocie z Paryża.
Pierwsze były krzyki i wrzaski, potem szloch, aż w końcu przeszła w stan normalny dla siebie, czyli rozkazywanie.
- Nigdy więcej nie grasz w piłkę!
- Ale mamo…
- Patrz tylko na to! – pani Weasley znowu zastukała różdżką w czubek nosa córki – Dlaczego nic nie działa?!
- Trzeba ją będzie zawieźć do szpitala Świętego Munga… - stwierdził bez zainteresowania pan Weasley, uważnie patrząc na twarz córki.
- Byliśmy tam – odpowiedział gdzieś z głębi domu Louis – Trzy razy.
- I nic?! Merlinie, w ogóle ci nie pomogli?! – Fleur zbladła nagle, a potem przybrała odcień zielony – co powiedzieli?
Dominique wzruszyła ramionami, a Victoire pośpieszyła z odpowiedzią:
- Twierdzą, że to samo minie. To jakieś dziwne zaklęcie, które słabnie z czasem…
- Ale przecież trzeba je zdjąć!
- Twierdzą, że to zaklęcie może zdjąć tylko osoba, która je rzuciła. Poza tym, mówili, że to jakieś bardzo dziwne zaklęcie i nigdy wcześniej się z nim nie spotkali…
Fleur opadła na kanapę, mamrocząc coś o krytycznym stanie czarodziejskiej służby zdrowia. W końcu podniosła się:
- Dlaczego jej nie pilnowałaś? – naskoczyła na najstarszą córkę.
Victoire popatrzyła na nią ze spokojem. Spodziewała się tego.
- Mamo – powiedziała powoli i wyraźnie – Ona ma już piętnaście lat. Nie jestem w stanie pilnować jej dzień i noc.
- Jesteś jej rodzoną siostrą!
- A Louis jest jej rodzonym bratem i…
Louis przebiegł przez kuchnię:
- Mnie w to nie mieszaj!
- Jak mogłaś jej pozwolić na tak niebezpieczną grę? – histeryzowała dalej matka.
- Mamo, przecież Louis też…
Chłopak znowu wbiegł do kuchni:
- Nie mieszaj mnie w to! – i wybiegł.
- Dlaczego na tobie nigdy nie można polegać? – Fleur teatralnym gestem przytknęła dłoń do serca.
- Mamo, przecie Louis także…
Drzwi otworzyły się znowu:
- W to nie mieszaj mnie! – i zniknął.
- Och! – zirytowała się jego siostra – Możesz przestać?! – krzyknęła do drzwi.
Klamka poruszyła się i odchrząknęła:
- Sorki – drzwi się zamknęły.
- Mamo. To nie jest jej wina. – odezwała się w końcu Dominique – Nie znasz mnie! W ogóle mnie nie znasz! – zerwała się z krzesła i opuściła kuchnię.
Victoire przez chwilę mierzyła się z Fleur zimnym spojrzeniem, po czym wstała i dla odmiany całkiem spokojnie ruszyła do swojego pokoju.

Tam zamknęła się na klucz i długo patrzyła na obraz, który postawiła pod ścianą. Wciąż nie wiedziała, czyją twarz powinna tam namalować. Ledwie jej zarys był widoczny. Któż to był?  


----
dedykuję ten rozdział mojej nauczycielce biologi. bo mnie inspiruje.